Rak dopadł mnie w biegu …
Życie każdego człowieka ma swoje określone tempo. Patrząc z dzisiejszej perspektywy moje było „odrobinę” za szybkie. Miałam wówczas w 2001 r. 46 lat, małą firmę gastronomiczną, której poświęcałam, z konieczności, więcej czasu niż rodzinie. Codziennie wyjeżdżałam z domu na 15-17 godzin. Obecność w rodzinie ograniczała się do soboty i niedzieli i to nie w całości, gdyż pewne organizacyjne sprawy trzeba było załatwić w tym „wolnym” czasie. Już w 1997 r. ,kiedy to odszedł, z powodu raka, mój najstarszy brat, miałam chwile lęku o swoje zdrowie, gdyż wcześniej na raka zmarł również mój ojciec. Z tym też związany był coraz to większy stres i obawa o to, że chyba długo nie da się żyć w takim tempie i bez problemów zdrowotnych. No i stało się, a właściwie wyczuło. Nie ukrywam, że właśnie po śmierci brata zaczęłam „słuchać” swojego organizmu, toteż, jako świadoma zagrożeń, badałam sobie piersi. Niepokój, który wywołało wyczucie niepozornego guzka wysoko nad sutkiem lewej piersi, był coraz większy. Po mammografii, której wynik był źle opisany i według radiologa zmian nie było, uparcie dążyłam do dalszego badania, aby rozwiać swoje obawy. Wykonane, następnie, na moją zdecydowaną prośbę USG, dało wynik świadczący, że jest duży problem. A potem to już lawina złych wiadomości. Rak okazał się złośliwy. Po usunięciu samego guzka, po2 tygodniach trzeba było amputować pierś ! A z tyłu głowy to coś, co mówiło mi, że u mnie, w rodzinie, nikt walki z rakiem nie wygrał. Więc chyba jasne … mnie czeka to samo. Strach, łzy, rozpacz. Cała ta historia była do przeżycia tylko dzięki mojej najbliższej rodzinie. Wówczas znalazł się czas na bycie razem, praca stała się marginesem mojego życia. Stery całego „gospodarowania” objął mąż z córkami. Najważniejsi byliśmy MY i moje leczenie. Wielka szkoda, że wówczas nie miałam nikogo znajomego, kto byłby świadectwem dla mnie, że raka można przeżyć i pokonać. Właśnie brakowało mi kontaktu z Amazonkami. W naszym mieście jeszcze nie było klubu „Amazonek”. Wszelkie informacje, które były mi pomocne pochodziły z prasy oraz od moich córek, które szukały wiadomości dających nadzieję na pokonanie choroby. A, że leczenie i wyniki badań dawały nadzieję na przeżycie tego najgorszego, więc chyba dlatego ja zaczęłam się zmieniać. Coraz bardziej zaczęłam doceniać to co mam tzn. rodzina, bliscy, a też to, że można zwolnić tempo życia i świat się nie zawali. I kiedy już dochodziłam do normalności, przyszła następna zła wiadomość. Po 2,5 roku od mastektomii trzeba było usunąć macicę z przydatkami, z powodu raka. Ale wówczas, będąc pod kontrolą wspaniałych lekarzy to kolejne doświadczenie nie było dla mnie taką tragedią jak wcześniej. Może na moją psychikę wpłynął również fakt, że wówczas oczekiwałam na swojego pierwszego wnuczka, więc musiałam sobie dać z tym radę … A dzisiaj, patrząc z perspektywy tych minionych 12 lat, dochowałam się czwórki wspaniałych wnucząt, które w dużej mierze ja wyniańczyłam, mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwą żoną, mamą i babcią. Teraz jestem otwarta osobą. Myślę że dobrem, które dostałam od losu i życzliwych mi ludzi, muszę się dzielić. Dlatego też nie robię tajemnicy z moich przeżyć związanych z chorobą i leczeniem jej. Od 10 lat jestem Amazonką w miarę aktywną i zawsze chętną do pomocy. Tak sobie myślę, że gdybym ja na początku choroby poznała kogoś, kto przeszedł przez podobne problemy, dał by mi nadzieję na pokonanie choroby. Wówczas na pewno lżej by było znieść pooperacyjny ból, chemioterapię i inne problemy związane z leczeniem. A więc na koniec, niech moja historia będzie powiewem optymizmu dla kobiet, które właśnie dziś słyszę diagnozę ... rak. Wszystko można pokonać i dalej cieszyć się życiem, jednocześnie pomagając innym przetrwać trudne chwile.