Optymizm nie opuszcza mnie
O tym, że mam raka dowiedziałam się w czerwcu 2007 roku. Pięć lat wcześniej bolała mnie pierś i lekarz stwierdził u mnie torbiele, powiedział, że nie jest to powód do zmartwienia. No i nie martwiłam się, nawet o tym nie myślałam. We wspomnianym roku 2007 jednak wesoło nie było. Jarosławskiej lekarce guzek nie podobał, zaleciła biopsję. Po wynik jechałam będąc dobrej myśli, a tu lekarz zaczął stawiać mi dziwne pytania: czym przyjechałam, czy jestem sama, nie chciał mi powiedzieć wprost jaki jest wynik, ale ostatecznie dał mi go bez specjalnych wyjaśnień. Przeczytałam to, co było napisane, ale nic z tego nie rozumiałam, więc wybrałam się do szpitala onkologicznego w Brzozowie. Był początek wakacji, sezon urlopów, długo czekałam na jednego z dwóch lekarzy. Sprawa się wyjaśniła: miałam raka, konieczna była operacja, którą wyznaczono na 8 sierpnia. Nie zmartwiłam się, byłam przekonana, że wytną mi ten guzek i zdrowa wrócę do domu, do rodziny. Na operację pojechałam z mężem i córką, którzy byli bardzo zmartwieni i zdenerwowani całą tą sytuacją. Ja byłam dobrej myśli. Lekarz nie owijał w bawełnę tylko powiedział mi: „usuniemy pierś i węzły chłonne i będzie pani zdrowa”. Zapobiegawczo miałam 6 cykli chemioterapii, ale o tym nawet nie chcę wspominać, bo to było ciężkie przeżycie. Powiem tylko, że czułam się bardzo źle fizycznie ( wypadły mi włosy, zaczął robić mi się przykurcz ręki) i psychicznie. Za namową p. pielęgniarki poszłam do Amazonek. Jak duże było moje zaskoczenie, a zarazem przeżycie, kiedy spotkałam moją p. prof. z „ekonomika”, Martę Zadorożną, prezes klubu. Popłakałyśmy się obie ze wzruszenia. Dzięki ćwiczeniom, które Marta prowadzi do dziś, odzyskałam dawną sprawność fizyczną, a dzięki miłej i radosnej atmosferze panującej w stowarzyszeniu przyszła wiara w odzyskanie zdrowia i chęci do życia. 1 listopada, wspomnianego roku, wzięłam ostatnią chemię i tego dnia urodziła się moja pierwsza wnuczka.