Co ma być, to będzie
Kiedy podczas kąpieli wymacałam sobie twardy guzek na piersi pomyślałam, że jest on skutkiem uderzenia skrzynką z piwem, którą wyciągałam z windy. Pracowałam wówczas w bufecie.
Powiedziałam o tym mężowi i uznaliśmy, że trzeba pójść do lekarza. Ginekolog, który badał mnie jako pierwszy, skierował mnie do onkologa. Pojechałam do wojskowego szpitala, w Przemyślu, bo mój mąż jest zawodowym wojskowym. Po otrzymaniu wyniku USG, który wykazał obecność guza nowotworowego, skierowano mnie do szpitala MSW, w Warszawie. Po trzech miesiącach, bo taki był czas oczekiwania na wizytę, zrobiono mi biopsję i pojechałam do domu. Po dwóch tygodniach wróciłam do szpitala, gdzie czekała na mnie, potwierdzająca wynik z Przemyśla, diagnoza: rak złośliwy.
13 października, w 1994 roku, wycięto mi najpierw guzek, a po pół godzinie, pod nowym znieczuleniem, odjęto mi pierś.
Przeżyłam moment załamania, ale nie robiłam z tego powodu dramatu. Trzeba było wziąć się w garść i żyć. Dla dzieci, męża, który wspierał mnie i wspiera do dziś. Małżeństwem jesteśmy pięćdziesiąt lat. Wychowaliśmy dzieci, pomagamy w wychowaniu wnuków.
Rak, to jedna z wielu chorób, które „dopadły” mnie (wysokie ciśnienie, udar, tętniak za aortą), ale dzięki Bogu, nie poddaję się i staram się prowadzić aktywny tryb życia.
W 2004 roku, koleżanka, która była już członkinią jarosławskich Amazonek, przyprowadziła mnie na spotkanie i od tego czasu, kiedy tylko mogę, to zawsze jestem obecna. Dobrze się tu czuję. Lubię nasze spotkania, wycieczki, rozmowy.
.Niedawno dowiedziałam się, że moja ciotka miała raka i jej córka zmarła na raka, w wieku 42 lat.
Ważne, żeby się systematycznie badać, nie czekać, bo może byś za późno.