Tak widoczne musi być


Rok 2002 był dla mnie trudnym rokiem. W lutym zmarła mi mama, a w kwietniu dowiedziałam się, że mam raka. Nie pamiętam, który to był dzień tygodnia, ale pamiętam, że zbudziłam się z twardą i nabrzmiałą piersią. Kiedy ją dotknęłam, poczułam pod dłonią zgrubienie, taki guz wielkości kurzego jajka. Poszłam do lekarza rodzinnego, od którego dostałam skierowanie do ginekologa. Lekarz, w Przeworsku, zalecił biopsję, którą wykonano w szpitalu w Rzeszowie, na ul. Lwowskiej. Wynik był jednoznaczny: rak złośliwy. Opadłam z sił, rozpłakałam się jak bóbr, ciśnienie podskoczyło mi chyba do 300. Lekarz skierował mnie, z wynikami badań, do szpitala w Przeworsku, na amputację piersi i zalecił chemioterapię po operacji. Ja jednak, zamiast posłuchać tego lekarza, pojechałam na konsultacje do Gliwic (prywatnie), gdzie przed lekarzem, który potwierdził diagnozę, nie mogłam opanować histerycznego płaczu. Powiedział mi, że mogę sobie wybrać szpital onkologiczny i wymienił Rzeszów, Lublin, Brzozów, Gliwice, natomiast przemyskiego szpitala zdecydowanie nie polecał. Jeszcze wspomnę, że testowałam lek na raka ze złym skutkiem i przerwano eksperyment. 2. maja, w Rzeszowie, miałam przeprowadzoną mastektomię, a po niej, w odstępach dwudziestu jeden dni, 3 dawki najsilniejszej, czerwonej chemii. Już po pierwszej dawce straciłam wszystkie włosy, czułam się z tym bardzo źle, a do tego męczyły mnie przykre skutki chemioterapii. Miałam piersi duże, obfite i brak jednej utrudnia mi, mimo noszonej protezy, utrzymanie prawidłowej postawy, a do tego puchnie mi ręka po stronie operowanej. Nie pomagają masaże limfatyczne i specjalny rękaw. Cóż, tak widocznie musi być.Na coroczne kontrole jeżdżę do „swojej” p. doktor, do rzeszowskiego szpitala. Do Jarosławskich Amazonek należę od początku, czyli od 6 marca 2003 roku. Dobrze się czuję w atmosferze pełnej życzliwości, wsparcia, wyrozumiałości i dobrego humoru.

Józia