Złośliwy nowotwór piersi zdiagnozowano u mnie w maju 2021 roku. Liczyłam na to, że to pomyłka, bo przecież nikt w rodzinie nie chorował, jednak wyniki biopsji były jednoznaczne.
Moja pierwsza reakcja na tę wiadomość - to paniczny strach i lęk, czy potrafię znieść ból i cierpienie. Gdyby nie rodzina- mąż, dzieci, siostry, rozpadłabym się na drobne kawałki. Spotkałam się również z życzliwością sąsiadów i przyjaciół. Wsparcie najbliższych pomogło mi odnaleźć się w nowej sytuacji i nauczyło lepiej radzić sobie z chorobą.
Ponieważ moja choroba była zaawansowana, leczenie rozpoczęłam od chemioterapii, którą znosiłam bardzo źle. Nienawidziłam peruki, którą kupiłam, kiedy wypadłymi włosy
W grudniu 2021 roku miałam wykonany zabieg mastektomii, czyli całkowitej amputacja piersi oraz usunięciu węzłów chłonnych. Fakt amputacji nie stanowił dla mnie istotnego problemu ( mam już 67 lat :) ).
Kolejnym etapem leczenia była radioterapia, która w porównaniu z chemioterapią była jak „spacerek".
W tej chwili mam dobre wyniki badań kontrolnych. Nie jestem też nosicielką uszkodzonego genu.
Chorobę, i wszystko co przyniosła, przyjmuję jako coś, co się przytrafia. Mogę również stwierdzić, że pomoc bliskich działa niczym lek, bardzo silny bodziec do walki o przetrwanie.
Kolejną istotną rzeczą było poznanie kobiet, które spotkało to, co mnie. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nikt ze zdrowych osób nie pomoże mojej psychice, dlatego zaczęłam szukać pomocy w Internecie i znalazłam Jarosławskie Amazonki i Martę - prezes tego stowarzyszenia. To niesamowite, jak wielką energię i dobroć okazała mi w czasie pierwszego naszego spotkania. Jest wspaniałą osobą gotową pomagać każdemu, kto o pomoc poprosi. Wielką radość dają mi również spotkania z koleżankami - Amazonkami, które pokonały chorobę kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Ich uśmiechy na twarzach przekonują mnie, że jest to osiągalne.
Choroba uświadomiła mi również, jak ważne jest wykonywanie badań kontrolnych.