Wspomnienia złego okresu mojego życia


Zacznę od roku 1992 – zdawałoby się, że wszystko toczy się normalnie. Zostałam babcię, wnuczka miała już 4 miesiące, byłam szczęśliwa. Okazało się, że mam guzek, mały, na piersi (4 mm) Niewiele jeszcze wtedy wiedziałam o nowotworach, chociaż, w 1964 r. Mamusia zmarła na raka. W lutym 1993 r., z niechęcią udałam się do szpitala. Po operacji i badaniu histopatologicznym okazało się, że nie był to nowotwór złośliwy. Od tej pory kontrolowałam się systematycznie. Jesienią 2012 r. badanie USG wykazało , że jest mały guzek na lewej piersi (średnica 7 mm). Mammografia niczego nie ujawniła . Wykonano biopsję i lekarz oświadczył, że zmianę trzeba usunąć i zbadać. Wynik okazał się niepomyślny: obecność komórek złośliwych. To „maleństwo” okazało się być rakiem złośliwym. Pierwsza operacja, na chirurgii w Rzeszowie, była w styczniu 2013 roku. Długo czekałam na wyniki. Okazało się , że trzeba poszerzyć wycięcie obok pierwszej rany. Drugi wynik też był niekorzystny, w dalszym ciągu obecne były komórki złośliwe. Marzec 2013roku. Spuszczano mi chłonkę raz w tygodniu. Byłam bardzo osłabiona, nie miałam siły przyjeżdżać i czekać w kolejkach. Chłonka zbierała się ciągle. Miałam operację oszczędzająca. Pierś została zdeformowana, nie było już brodawki, a ja byłam coraz słabsza. Dlaczego? Myślałam, że to wynik stresu. Lekarze, na ogół zimni, czasem nawet aroganccy. A to był dopiero początek kontaktów z lekarzami. 1 maja 2013 r., po kolejnych badaniach i wynikach trzeba było dokonać usunięcia całej piersi. Bardzo tę mastektomię przeżyłam, byłam coraz słabsza, w domu nie mogłam nic robić, słaniałam się na nogach. Synowa z synem, zdecydowali, że powinnam zamieszkać z nimi. Kurowałam się u nich trzy tygodnie, bezskutecznie. Zanikła u mnie umiejętność gotowania, zamartwiałam się o przyszłość, miałam obawy o wszystko, ogarnęła mnie niechęć do życia, towarzyszył mi paniczny strach i lęk. Był to depresja. Lekarz rodzinny skierował mnie do szpitala psychiatrycznego w Jarosławiu. Mąż był przerażony, przeżywał tę moją chorobę, niejednokrotnie płakał, chociaż wcześniej nie widziałam u niego łez. W szpitalu przyjęto mnie na oddział geriatrii. To był koszmar, taki szpital w XXI wieku. Warunki bardzo trudne, trudny kontakt z pacjentami, stołówka na korytarzu obok WC zasłoniętym kotarką. Wyżywienie smaczne ale „zapachy” od ludzi chorych i z ubikacji nie dodawały apetytu. Na noc zamykano toalety przy sypialni, trzeba było schodzić długim korytarzem do WC, kilkanaście metrów. Kobiety i mężczyźni mieli wspólną ubikację. Chorzy psychiczne zachowywali się przeróżnie, zdejmowali z siebie pampersy, opowiadali nielogiczne wydarzenia, „zapach” utrudniał życie, trudno było powracać do zdrowia w takich warunkach. Niektórych pacjentów trzeba było na noc przywiązywać do łóżka, bo wędrowali po pokojach, nad ranem śpiewali pieśni religijne, niektórzy prosili o chleb dla swoich dzieci. Moje schorzenie było niewielkie przy ich ciężkiej chorobie psychicznej. Lekarze, muszę przyznać, pracowali z dużym zaangażowaniem, większość pielęgniarek również. Na szczęście miałam tam koleżankę też o lżejszym schorzeniu. Dostałyśmy pozwolenie na wychodzenie z budynku. Po pięciu tygodniach zostałam wypisana. Sił mi przybywało, zażywałam leki psychotropowe i po wzmocnieniu podjęliśmy z mężem i rodziną decyzję, że przeprowadzimy się do Jarosławia, bo tutaj mieszka nasz syn z rodziną. Do tej pory mieszkaliśmy w Gaci. Przeprowadzka była bardzo trudnym przedsięwzięciem. Rodzina nam pomogła w pakowaniu, przewożeniu bagaży itd. Mąż, zdrowy jak zawsze, aktywnie uczestniczył w przeprowadzce. Niedługo cieszyliśmy się nowym mieszkaniem. Mąż zachorował na nowotwór złośliwy jelita grubego (o ironio losu). Półtora roku walczyliśmy z tą okropną choroba. Przegraliśmy walkę 1 czerwca 2016 r. Wdowieństwo jest bardzo ciężkie. Szczęśliwym trafem dotarłam do Jarosławskich Amazonek, które przyjęły mnie do swojego grona i dzięki ciepłej, przemiłej atmosferze wracam, chociaż bardzo powoli, do równowagi. Połączył nas wspólny los, podobne przeżycia. Wszystkie koleżanki są życzliwe względem siebie, ciepłe, a Marta Zadorożna daje z siebie wszystko, całą swoją energię i optymizm, abyśmy się rozumiały, ceniły naszą przyjaźń, umacniały w niedoli i z optymizmem patrzyły w przyszłość. Wiem, że każda z nas ma za sobą bagaż przeżyć, ale żeby był pełny obraz mojej historii dodam jeszcze, że w 1994 zmarła, nagle, moja córka. Osierociła dwuletnią córeczkę i ta moja wnuczka, już jest dorosła, skończyła psychologię, na UJ w Krakowie i studiuje jeszcze na kierunku wokalno – artystycznym, w Gdyni. Kiedy zaczęły się problemy z moim zdrowiem, miała 4 miesiące, o czym pisałam na początku. Czasami powtarzam sobie słowa Szołochow: „Życie, życie, za coś ty mnie tak okaleczyło”

Zofia Sysoł