Żyję na 105%
Moja historia jest chyba nietypowa i trwała kilka lat. Streszczam ją.
Guzek, który sobie wymacałam, umiejscowiony był powyżej piersi, blisko obojczyka. Zaniepokojona poszłam do lekarz, który skierował mnie na mammografię. Badanie to „nie złapało” guzka, więc poszłam do ginekologa, który nie widział problemu. Guz rósł w oczach, towarzyszył mu promienisty ból piersi. Po prawie roku, w styczniu, od lekarza w Rzeszowie usłyszałam diagnozę: rak złośliwy z przerzutami i zajętymi węzłami chłonnymi. Po krótkim szoku i płaczu wzięłam się w garść. Musiałam, miałam dla kogo żyć, mojej pięcioletniej córce była potrzebna uśmiechnięta i zdrowa mama.Operację poprzedziła chemioterapia. Łatwo nie było. Ból, dyskomfort i złe myśli leczyłam pracą. Dobrze było przez dwa lata, a po nich nastąpił nawrót choroby. Urósł mi guz nad obojczykiem. Przerzut. Wróciły emocje. Jeszcze nie odrosły mi włosy po pierwszej chemii, a tu znowu ta chemia i kolejna operacja. Kupiłam sobie nową perukę, ładniejszą od tej pierwszej. Za kolejne dwa lata guz pojawił się na pooperacyjnej bliźnie i wszystko zaczęło się na nowo: chemia, operacja, naświetlanie. Kolejno, w dwuletnich odstępach wyskoczyły mi guzy na ramieniu, potem na szyi. Cały czas leczę się, optymizm nie opuszcza mnie. Żyję na 105%. Mam pięcioro dzieci, które rodziłam co dwa lata i co dwa lata miałam (nie mam) nawrót choroby. Dzieci już nie rodzę i wierzę, że guzy też już nie będą rosły.